Wydrukuj tę stronę

RELACJA Z JAMBOREE

Załodze DUNAJCA (czyli naszej) udało sie wyjść z portu w Gdańsku prawie zgodnie z planem. Prawie, bo w optymistycznych przewidywaniach jacht miał ruszyć we wtorek o 18.00 - ostatecznie z powodu opóźnienia pociągu oraz konieczności uzupełnienia zapasów wyżywienia wyszliśmy na wodę kilkanaście minut przed trzecią w nocy.

 

Przepłynięcie Zatoki Gdańskiej nie zajęło dużo czasu - za Helem ruszyliśmy w kierunku Władysławowa, a później na zachód wzdłuż polskiego wybrzeża. Niezbyt silny wiatr z północnego-wschodu i stosunkowo niska fala stworzyły świetne warunki do rekreacyjnej żeglugi baksztagowej, mimo tego u części z nas problemy związane z chorobą morską. Udało nam się to przeżyć jedząc przez dwa dni sucharki i ryż z gotowanym jabłkiem. Dunajec w drodze.

 

Następnego dnia przed południem, gdy wygodnie rozwieszeni na relingach delektowaliśmy się widokiem falującej wody, kapitan Wiktor z rosnącym niepokojem przeprowadzał inwentaryzację naszych zapasów żywieniowych. Problemy zaczęły się przy pierwszym parzeniu herbaty - właśnie wtedy dowiedzieliśmy się, że SAGA w żadnym razie nie zasługuje na to miano. W stronę pozostającej jeszcze w Gdańsku załogi JOSEPHA CONRADA (a konkretnie jego kapitana) poszły w eterze rozpaczliwe wołania o uzupełnienie tego niewątpliwego braku - na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Wraz z zapewnieniem, że PanWac uratował Wiktora nabywając wystarczający zapas wysokogatunkowej "tea" przyszła sugestia dokładnego sprawdzenia całego zapasu gulaszu, przygotowanego przez kilka druhen specjalnie na ten rejs. Uwaga była trafna - tak samo, jak i na "Józku" nasz gulasz też zaczął żyć własnym życiem szukając okazji wyjścia ze słoików (i jachtu). Kontakt urwał się około 1100, gdy JOSEPH CONRAD opuścił marinę na Motławie.

 

Większość naszej trasy przebiegła tak, jak ją zaplanowano wczesniej. Jedynie za Bornholmem, kiedy pojawiły się większe fale w oczach niektórych pojawiło się trochę strachu, ale i tak nikt nie narzekał. W czwartek wieczorem dotarliśmy do Falsterbo , gdzie przestaliśmy noc, by nieco po południu w piątek wpłynąć do mariny Svanemøllen havn w Kopenhadze. Niewielki problem pojawił się w chwili, kiedy okazało się że wszystkie materace i ubrania są przemoczone, a woda pojawiła się nawet w "jaskółkach". Cóż - takie uroki drewnianego jachtu - mimo wszystko nadal staramy się zachować optymizm, w końcu przed nami jeszcze kilka dni żeglugi.

 

 

Natalia Hamernik

Ostatnio zmieniany piątek, 15 listopad 2013 10:30

Zaloguj się, by skomentować